piątek, 16 czerwca 2017

Sezon motocyklowy...

...już dawno otwarty, więc koty ruszyły w świat :)
Swoją przygodę zaczynają w pięknych Borach a dokąd ich kółka poniosą, tego nikt nie wie :)

Wybaczcie ten nadmiar zdjęć, ale nie mogłam się powstrzymać...

Przy okazji muszę Wam opowiedzieć historię związaną z fotografowaniem kotów. Pewnej słonecznej niedzieli wybrałam się z kotami na sesję zdjęciową. Zawsze wybieram miejsca odległe i spokojne, gdzie raczej nie ma możliwości spotkania spacerowiczów. Po pierwsze dlatego, bym mogła w całości skupić się na fotografowaniu, po drugie w obawie, by moje wygibasy z aparatem nie wydały się komuś zbyt dziwaczne i by jakiś przypadkowy przechodzień nie odkrył u mnie nagle jakiegoś rodzaju schizofrenii lub innej choroby natury psychicznej, bo przyznam, że zdarza mi się mówić do aparatu, wiatru lub rekwizytów ;)
Ale tej niedzieli pogoda zachęciła nie tylko mnie do oddalenia się od domostwa... Dotarłam w głąb lasu, w uroczy, cichy lecz odrobinkę wietrzny zakątek. Otoczona szumem drzew, śpiewem ptaków i pluskiem rzeki zaczęłam ustawiać rekwizyty na porośniętym mchem, drewnianym moście - moście śliskim jak diabli od deszczu dnia poprzedniego...  Kiedy po raz dwudziesty piąty starałam się ustawić koty tak, by nie spadały, starając się przy tym utrzymać nogi blisko siebie i zachować równowagę nie kończąc przy tym jak początkujący łyżwiarz, puściły mi trochę nerwy i zaczęłam złowieszczyć na koty grożąc ich utopieniem w lodowatej wodzie, tudzież połamaniem motorków... W tej właśnie chwili z zarośli wyłonił się zaciekawiony wydarzeniami, zakamuflowany ubraniem wędkarz. Podszedł do mnie. Nigdy w życiu nie widziałam tak wielkich ze zdziwienia oczu. Rybi łowca ogarnął się jednak dość szybko i wycedził przez zaciśnięte zęby: "Co, bawimy się?"...
Natychmiast wyjaśniłam w jakim celu te moje wszystkie zabiegi, lecz szybko zrozumiałam, że nie ma to sensu... No cóż, muszę w końcu przestać ukrywać tę chorobę...






























Brak komentarzy:

Prześlij komentarz