czwartek, 4 lutego 2016

Misiowe powroty

Jak wiecie misie są zawsze na czasie. Małe, duże, gładkie czy włochate. Piszą o nich bajki, śpiewają piosenki, tworzą kluby miłośników, są nawet czasopisma im poświęcone... 

Ja zawsze byłam w gronie przyjaciół pluszaków a moja mama nie raz pewnie przeklinała tego, co wymyślił całą tę misiowatą miłość. Od kiedy pamiętam żaden miś nie umknął mojej uwadze. W każdym sklepie (choćby w obuwniczym po drugiej stronie ulicy) dojrzałam misia i za wszelką cenę chciałam być jego właścicielką. I, jak to dziecko, próbowałam go zdobyć tupiąc nogami i wylewając morze łez.  Tak więc często pokonywana kilometrowa odległość z przychodni do domu zajmowała dobrą godzinę... W rezultacie do domu obie wracałyśmy spocone, zmęczone i z wielkim żalem do niesprawiedliwego świata...

Dziś jestem po drugiej stronie... Jednak nauczona własnym doświadczeniem udało mi się wychować syna minimalistę, któremu do szczęścia niewiele potrzeba. Nie muszę więc, w obawie o swój wewnętrzny spokój i zdrowie psychiczne, omijać sklepów szerokim łukiem :)

Sentyment do misiów pozostał, ale dziś to ja je tworzę. Mój syn niemal co dzień może oglądać "narodziny" nowego stwora i wydaje mi się, że sprawia mu to większą frajdę niż zakupy czy posiadanie... :)
Poza tym fajnie jest mieć świadomość, że moje misie sprawiają innym radość.  Być może towarzyszą komuś w podróży, a może pełnią rolę amuletu przynosząc innym szczęście... A może tylko poprawiają nastrój w te gorsze dni...
No cóż,  mam nadzieję, że tak właśnie jest.
 
Trochę tych miśków powstało ostatnio w mojej pracowni. Część z nich znalazła już nowych  właścicieli. Mimo to postanowiłam pokazać je wszystkie. Dziś będzie to miś z filcowym pamiętnikiem.  Miłego oglądania :)









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz