wtorek, 14 stycznia 2014

Filcowa listonoszka, czyli nauka tańca z maszyną do szycia...


Zapragnęłam mieć listonoszkę.....Hmmm, nie wiem dlaczego zyskała ona nazwę „torebki w stylu Cambridge”, i jako „blogerska torebka” robi karierę. Mi przypomina ona raczej nasz stary dobry tornister, którego (jak ponad 90% kolegów i koleżanek z klasy) byłam posiadaczem w pierwszych latach podstawówki. No, ale cóż....przyznaję....na modzie się nie znam i nie podążam za trendami. Być może różnice są ogromne a ja ich po prostu nie widzę.

Lubię duże torby. Małe torebki wydają mi się zupełnie niepraktyczne. Pomieszczą portfel i może jabłko, a gdzie miejsce na....całą resztę?
Problem w tym, że większość toreb, które przypadną mi do gustu okazują się skórzane, a te, które takowe nie są,  nie budzą mojego nadmiernego zainteresowania...
Jako niejadacz mięsa nie napędzam rynku kaletniczego, lub jak kto woli skórzanego....Powzięłam więc odważną decyzję o szyciu...

Kto, by się spodziewał, że właśnie przy maszynie do szycia padnie z moich ust najwięcej niecenzuralnych słów...a to przy wkłuwaniu szpilek w  (jak by się mogło zdawać) materiał, a to gdy za mocno dodam gazu i igła powędruje nie w tę stronę, w którą bym sobie życzyła ....ale posiadanie charakteru zbliżonego do Osła ze Shreka bardzo pomaga...

W przypływie natchnienia i emocji związanych z szyciem powstały trzy torby, do których wykorzystałam bardzo gruby i dość sztywny filc: 

Nr 1 to tradycyjny tornister z paskiem - listonoszka





Nr 2 to trochę mniej tradycyjna torba z Sową:




Nr 3 to czarny "chlebaczek":




Przyznaję, że krawcowa ze mnie żadna i torby może nie są najpiękniejsze, ba... pewnie sporo im jeszcze brakuje, by podbić serca żyjących w świecie mody i stylu, ale nie o to mi chodziło. 

Chciałam mieć listonoszkę...nie skórzaną ani skóropodobną....Chciałam mieć torbę, którą wegetarianka mogłaby nosić bez wyrzutów sumienia :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz